Wykorzystajmy spryt Polaków

18 października 2013

Jak zdiagnozuje Pan obecny stan polskiej energetyki?


Nasza energetyka jest w bardzo dużej mierze uzależniona od czynników zewnętrznych. Jej słabością jest przede wszystkim to, że opiera się ona na imporcie – zarówno paliw, dóbr inwestycyjnych, jak i know-how. Jeszcze w latach 70. XX wieku byliśmy wielkim eksporterem węgla kamiennego i znaczącym eksporterem energii elektrycznej. Co więcej, sprzedawaliśmy za granicę, głównie na Bliski Wschód, wytworzone w kraju dobra inwestycyjne oraz nasze know-how. Polskie firmy produkowały kotły w Raciborzu, turbiny w Elblągu, generatory we Wrocławiu czy transformatory w Łodzi. Dziś dla przykładu kotły do nowych bloków w Opolu wyprodukuje polskie Rafako, a całą resztę mają zapewnić dostawcy zagraniczni. Rodzime zakłady produkcyjne w większości albo poupadały, albo zostały wykupione przez światowych potentatów – kto dziś bowiem oprze się gigantom pokroju Alstom, General Electric czy Hitachi? Szczególnie wyrazistym symbolem ubezwłasnowolnienia naszej energetyki jest import know-how. Strategie energetyczne polskich koncernów energetycznych, z czym dumnie się one zresztą obnoszą, są tworzone przez zagraniczne firmy konsultingowe. Dokumenty te podtrzymują obecną sytuację w polskiej energetyce i odpowiadają interesom graczy spoza Polski.


Czy nie jest tak, że współczesna gospodarka jest globalną siecią powiązań i wypływu kapitału za granicę wcale nie trzeba oceniać negatywnie? Przykładowo – inwestycja w Opolu, która ma zostać zrealizowana na bazie zakupionych poza Polską dóbr inwestycyjnych, może wpłynąć pozytywnie na polskie górnictwo (kontrakt na dostawę węgla kamiennego pomiędzy PGE a Kompanią Węglową) i na bezpieczeństwo energetyczne Polski w obliczu prognozowanego na lata 2015-2018 deficytu mocy.


Inwestycja w Opolu to sztandarowy przykład petryfikowania polskiej energetyki, a więc utrwalania starych technologii za pomocą nowych inwestycji. Bloki energetyczne, które wybuduje się teraz będą funkcjonowały przez najbliższe 50 lat. W tym czasie na świecie nastąpi niewyobrażalny postęp, a my staniemy się energetycznym skansenem. Chyba, że zamkniemy wcześniej nowe bloki, jednak wtedy narazimy się na straty. Wydobycie węgla w Polsce, ze względu na wysokie koszty, staje się coraz mniej rentowne. Z kolei po drugiej stronie oceanu dynamicznie zwiększa się wydobycie gazu z łupków.


Ogłoszenie w czerwcu przez prezydenta Obamę planu przeciwdziałania zmianom klimatycznym należy między wersami rozumieć jako plan odchodzenia od węgla kamiennego na rzecz technologii gazowych i OZE. W obliczu tej zmiany Stany Zjednoczone staną się globalnym eksporterem taniego węgla. Dlatego też budowanie kolejnych bloków węglowych w Polsce oznaczać będzie nie tylko petryfikowanie naszej energetyki, lecz również dalsze uzależnianie się od importu. Kto bowiem – myśląc w kategoriach rachunku ekonomicznego – będzie chciał korzystać z drogiego polskiego paliwa, mając możliwość sprowadzania węgla po niższej cenie? Wówczas, na przykładzie elektrowni węglowych, będziemy mieli zakupione za granicą dobra inwestycyjne i surowce oraz bezpieczeństwo energetyczne uzależnione od cen węgla kamiennego na globalnym rynku. Pamiętajmy również o polityce klimatycznej UE, która dąży do tego, by koszt wykorzystywania węgla, niezależnie od ceny samego surowca, był coraz wyższy.


Polska energetyka jest w bardzo dużej mierze uzależniona od czynników zewnętrznych. Jej słabością jest przede wszystkim to, że opiera się ona na imporcie – zarówno paliw, dóbr inwestycyjnych, jak i know-how.

Czy jesteśmy gotowi na przeprowadzenie transformacji polskiej energetyki?


W energetyce nic nie da się zrobić „pstryknięciem palca”, więc im szybciej rozpoczniemy pewne działania, tym lepiej. Przeprowadzając zmianę w tej chwili, możemy skorzystać z dobrego splotu okoliczności. Po pierwsze, mamy dużą podaż przestarzałych mocy węglowych, które planuje się zamknąć. Po drugie, będziemy mieli nadwyżkę zakontraktowanych zdolności gazowych spowodowaną liberalizacją rynku gazu oraz otwarciem terminalu LNG w Świnoujściu. To są dwie najważniejsze kwestie, które można uzupełnić uwarunkowaniami pomniejszymi, jak: polityka klimatyczna UE, rewolucja łupkowa w USA, coraz odważniejsze stawianie na OZE w krajach europejskich i nie tylko.


Jak połączyć elementy tej układanki?


W Polsce mamy około 60 bloków węglowych o mocy 200 MW, spośród których część ma zostać w najbliższych latach wycofana z użytkowania. Zamiast budować nowe moce, można przeprowadzić rewitalizację istniejących. Pozwoli ona na przedłużenie czasu ich funkcjonowania nawet o 15-20 lat. Dzięki temu rozwiązaniu duża część kapitału pozostanie w Polsce, zaoszczędzimy na czasie i nie będziemy musieli wydawać środków na rozbudowę sieci. Wtedy też – nie inwestując w nowe, duże bloki – w polskim systemie elektroenergetycznym znalazłaby się przestrzeń dla prosumenckiej energetyki rozproszonej, opierającej się na energii ze źródeł odnawialnych oraz gazowych. Co do tych pierwszych – mam na myśli wyłącznie mikroźródła OZE instalowane przez indywidualne osoby czy spółdzielnie, będące właścicielami pojedynczych nieruchomości oraz źródła małe. Nie widzę natomiast miejsca dla dużych instalacji OZE, za którymi stoją koncerny energetyczne czy wyspecjalizowane przedsiębiorstwa, nie mające nic wspólnego z energetyką prosumencką. Wiadomo jednak, że słońce nie zawsze świeci, wiatr nie zawsze wieje, a znane nam możliwości magazynowania energii są jeszcze dość ograniczone. Dlatego też, jako uzupełnienie niestabilnej energii, widzę mikrobiogazownie z magazynami biogazu, biogazownie gminne oraz źródła wytwórcze na gaz ziemny. Dobrze nadają się one do tej roli, gdyż są bardzo elastyczne i ich uruchomienie trwa krócej niż bloków węglowych czy jądrowych.


Inwestycja w Opolu to sztandarowy przykład petryfikowania polskiej energetyki, a więc utrwalania starych technologii za pomocą nowych inwestycji. Bloki energetyczne, które wybuduje się teraz będą funkcjonowały przez najbliższe 50 lat. W tym czasie na świecie nastąpi niewyobrażalny postęp, a my staniemy się energetycznym skansenem.

Duże bloki gazowe w zastępstwie dużych bloków węglowych?


Absolutnie nie – mam na myśli niewielkie, kogeneracyjne (a także trójgeneracyjne[1]) budynkowe źródła gazowe o mocy rzędu 6 kW, 10 kW, 100 kW, 200 kW czy 1 MW. Miałyby być one budowane jedynie w miejscach, w których będzie również zapotrzebowanie na ciepło. Nie jestem jednak w stanie odpowiedzieć na pytania, ile mocy gazowych powstanie i kiedy to nastąpi. Decyzje inwestycyjne będą podejmowane na podstawie bieżących sygnałów rynkowych. Czas instalacji małych źródeł gazowych wynosi około roku, więc w razie potrzeby będzie można zaspokoić potrzeby systemu elektroenergetycznego w krótkim okresie.


Czy rozwój źródeł gazowych nie wiązałby się z większymi kosztami importu?


Istnieje szereg czynników świadczących o tym, że nie. Po pierwsze, wraz z tzw. rewolucją łupkową w Stanach Zjednoczonych, zmienia się światowa mapa handlu gazem – największy dotąd importer tego surowca staje się jego eksporterem. Nadmiar gazu skroplonego na rynku spowoduje obniżkę jego cen, na czym może skorzystać Europa, w której znajdują się liczne, niewykorzystywane w pełni terminale LNG. Gazoport w Świnoujściu umożliwi także i Polsce czerpanie korzyści w tym względzie, chociaż będą one ograniczone przez 20-letni katarski kontrakt importowy wchodzący w życie w 2014 roku.


Drugim ważnym czynnikiem jest liberalizacja rynku gazu, w myśl której od 2015 r. sprzedaży giełdowej ma podlegać 55% wprowadzanego do sieci gazu. Dzięki temu na zdominowanym dotychczas przez PGNiG rynku pojawi się konkurencja, na czym skorzystają odbiorcy. Mówiąc o gazie, nie można jednak pominąć długoterminowego, drogiego kontraktu take or pay[2] z Rosją. W jego myśl musimy kupować rosyjski surowiec po cenie znacznie wyższej niż np. płacą Niemcy. Gaz ziemny, którym obecnie dysponuje PGNiG, pochodzi w około 2/3 z Rosji, a w około 1/3 z naszych własnych, znacznie taniej pozyskiwanych zasobów, dzięki czemu może być on sprzedawany końcowemu odbiorcy po cenie niższej niż cena importowanego surowca. Uważam, że wciąż mamy potencjał do podniesienia wydobycia gazu z krajowych złóż do około 6 mld m³. Wówczas cena gazu oferowanego przez PGNiG mogłaby spaść. Pewne nadzieje można także wiązać z wydobyciem gazu łupkowego w Polsce, ale póki co nie mamy jeszcze wystarczającej wiedzy, by ten ewentualny potencjał oszacować.


Zamiast budować nowe moce, można przeprowadzić rewitalizację istniejących. Pozwoli ona na przedłużenie czasu ich funkcjonowania nawet o 15-20 lat. Dzięki temu rozwiązaniu duża część kapitału pozostanie w Polsce, zaoszczędzimy na czasie i nie będziemy musieli wydawać środków na rozbudowę sieci. Wtedy też w polskim systemie elektroenergetycznym znalazłaby się przestrzeń dla prosumenckiej energetyki rozproszonej, opierającej się na energii ze źródeł odnawialnych oraz gazowych.

Czy w nowym krajobrazie energetycznym widziałby Pan miejsce dla małych reaktorów jądrowych (SMR[3])?


Urządzenia tego typu nadal są w początkowej fazie rozwoju, lecz już teraz można zauważyć, że ich potencjał jest ogromny. Przykładowo – Hitachi jest w trakcie tworzenia SMR o mocy 200 kW, które ładuje się raz na 20 lat. Jest to ciekawe rozwiązanie, jednak główną barierą będą zapewne opory społeczne związane z obawą przed energetyką jądrową.


Instalacje SMR musielibyśmy jednak importować – czy postawienie na tę opcję nie byłoby równoznaczne z pogłębieniem uzależnienia naszej energetyki od zagranicznych dostawców?


Energetyka rozproszona daje miejsce bardzo wielu technologiom. Urządzenia SMR widzę jako źródła uzupełniające, konkurencyjne wobec źródeł odnawialnych czy gazowych. Same gminy, a szerzej – prosumenci, będą decydowali o tym, jakie źródło będzie dla nich najlepsze. Nie powinniśmy opierać przyszłości na jednej opcji. Budowa bloków jądrowych o mocy 1600 MW oznaczałaby uzależnienie się od energetyki jądrowej na dziesiątki lat, natomiast SMR niesie ryzyko jedynie lokalnego – w dodatku tylko częściowego – uzależnienia, które może okazać się później cennym doświadczeniem dla innych gmin.


Jakie korzyści, rozwijając energetykę prosumencką, odniosłaby Polska?


Przede wszystkim, opisywany model zapewniłby Polsce energetyczne bezpieczeństwo – przejście do energetyki prosumenckiej byłoby dużym krokiem w kierunku osiągnięcia samowystarczalności energetycznej. Korzyści będą dotyczyły także polskiej gospodarki – Chińczycy masowo produkują ogniwa fotowoltaiczne, Stany Zjednoczone wyspecjalizowały się w smart grid, natomiast my mamy wielki potencjał w ICT energetycznym. Mam tu na myśli produkcję urządzeń takich jak: liczniki, układy pomiarowe, układy hybrydowe, przekształtniki, sieci telekomunikacyjne, teleinformatyczne, sterowniki itp. Nie wykorzystując tego potencjału, skażemy się na import – Niemcy po to przecież między innymi rozwijają energetykę prosumencką, by sprzedawać później dobra inwestycyjne za granicę.


Widzę także szereg innych korzyści natury społeczno-ekonomicznej, jak na przykład: nowe miejsca pracy, rozwój małych i średnich przedsiębiorstw, wzrost świadomości energetycznej Polaków, bardziej równomierne, „demokratyczne” rozłożenie korzyści finansowych. Aby przejść do modelu energetyki prosumenckiej, konieczne byłyby też inwestycje w mikrobiogazownie w gospodarstwach rolnych. Tu otwiera się więc także potencjał dla upraw energetycznych, które można prowadzić na glebach dobrej, ale też niskiej jakości. A tych ostatnich mamy przecież pod dostatkiem. I w końcu – choć nie wszyscy to doceniają – wielką wartością tego projektu byłby prawdziwie wolny rynek w energetyce.


Polska ma wielki potencjał w ICT energetycznym. Jeżeli go nie wykorzystamy, skażemy się na import – Niemcy po to przecież między innymi rozwijają energetykę prosumencką, by sprzedawać później dobra inwestycyjne za granicę.

Czy uważa Pan, że na wolnym rynku OZE mogłyby wyprzeć energetykę konwencjonalną?


W długim okresie, kiedy zbudowalibyśmy już fundamenty wolnego rynku – absolutnie tak. W krótkim – potrzebna będzie przejściowa polityka w postaci np. internalizacji kosztów zewnętrznych energetyki WEK, wsparcia finansowego energetyki OZE. Bądźmy jednak ostrożni, gdyż zbyt duże wsparcie dla OZE mogłoby być dla tej branży niszczące. Pamiętajmy też, że równie istotną, o ile nie ważniejszą, sprawą są dobre regulacje – bez nich nie ma szans na konkurencyjne OZE.


Czy nie obawia się Pan jednak sytuacji, że stawiając na energetykę prosumencką, nadal uzależnieni będziemy od importu dóbr inwestycyjnych i know-how – tym razem z branży mikro OZE?


Jeżeli szybko nie rozpoczniemy działań na rzecz przejścia do energetyki prosumenckiej, to tak w istocie może być. Niemieckie firmy czekają na to, aby masowo eksportować nam dobra, które jeszcze parę lat temu mogliśmy zacząć produkować w Polsce, jak na przykład biogazownie. Nie jest jednak jeszcze za późno, byśmy produkowali rzeczy takie jak: mikrobiogazownie, mikrowiatraki, pompy ciepła, kolektory słoneczne, szeroko rozumiane produkty przemysłu ICT czy dobre materiały izolacyjne. Musiałyby być one jednak bardzo wysokiej jakości, gdyż rynek jest już obecnie bardzo wymagający.


W długim okresie, jeżeli zbudujemy fundamenty wolnego rynku, mikro OZE może wyprzeć energetykę konwencjonalną. W krótkim – potrzebna będzie przejściowa polityka w postaci np. internalizacji kosztów zewnętrznych wielkoskalowej energetyki korporacyjnej, wsparcia finansowego energetyki OZE. Bądźmy jednak ostrożni, gdyż zbyt duże wsparcie dla OZE mogłoby być dla tej branży niszczące. Pamiętajmy też, że równie istotną, o ile nie ważniejszą, sprawą są dobre regulacje.

W jaki sposób opisywany przez Pana model miałby zostać zrealizowany?


Tak jak Zjednoczone Emiraty Arabskie mają Masdar[4], a Niemcy przeprowadzają Energiewende, tak w Polsce powinien zostać zrealizowany Narodowy Program Rewitalizacji Zasobów Mieszkaniowych i Restrukturyzacji Rolnictwa (NPRZMiRR). Modele energetyczne trzeba dostosowywać do istniejących uwarunkowań – w Polsce znajduje się około 13 mln mieszkań, z czego około 6 mln to domy jednorodzinne. Zakładam, że Program powinien obejmować wyposażenie budynków mieszkaniowych w mikrowiatraki oraz ogniwa fotowoltaiczne, ewentualnie micro CHP, a także ich głęboką termomodernizację – według moich szacunków można dzięki niej zredukować zużycie ciepła w budynkach aż o 50%.


Do przeprowadzenia wyżej opisanych działań i tak będziemy zobowiązani ze względu na Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/31/UE z dnia 19 maja 2010 r. w sprawie charakterystyki energetycznej budynków. Zgodnie z nią od końca 2020 r. wszystkie nowe budynki mają być obiektami o minimalnym zużyciu energii zarówno elektrycznej, jak i cieplnej. Celem dyrektywy nie jest zlikwidowanie zasilania sieciowego – chodzi o to, by z sieci czerpać coraz mniej, a nie coraz więcej. Nowe rozwiązania w postaci np. mikroinstalacji OZE nie mają zastępować starych rozwiązań, ale komponować się z nimi. NPRZMiRR miałby dotyczyć nie tylko budynków mieszkalnych, lecz również gospodarstw rolnych. Na ich terenach miałyby powstać mikrobiogazownie zaopatrujące gospodarstwa w prąd i ciepło.


A co z wdrożeniem tego programu – czy powinniśmy brać wzór z niemieckiego Energiewende?


Rozwiązanie niemieckie ma wiele walorów i teoretycznie mogłoby być przeszczepione na polski grunt, tyle że w Polsce nie mamy Niemców, którzy pracowaliby „po niemiecku”. Tamte regulacje są obliczone na dyscyplinę, z czym u nas byłby kłopot. Polskie rozwiązania powinny być nastawione na spryt Polaków – naszą umiejętność szybkiego przyswajania nowych rozwiązań technologicznych, przedsiębiorczość w wymiarze indywidualnym. Jesteśmy w światowej czołówce, jeżeli chodzi o szybkość dyfuzji wynalazków – jeżeli pojawia się nowy komputer, tablet, płatność zbliżeniowa za pomocą telefonu, to – jeżeli widzimy w tym dla nas jakąś korzyść – potrafimy to bardzo szybko zastosować i upowszechnić. Przy czym wspomniane urządzenia importujemy, a instalacje OZE poznawalibyśmy, budowali i rozwijali w Polsce. Dajmy Polakom „klocki” w postaci urządzeń OZE i inteligentnej infrastruktury, powiedzmy im, jakie korzyści mogą z nich wynikać i poczekajmy na to, aż zaczną się oni tymi „klockami” bawić, składać je, tworząc pole do rozwoju tych technologii w naszym kraju.


Energiewende ma wiele walorów i teoretycznie mogłoby być przeszczepione na polski grunt, tyle że w Polsce nie mamy Niemców, którzy pracowaliby „po niemiecku”. Tamte regulacje są obliczone na dyscyplinę, z czym u nas byłby kłopot. Polskie rozwiązania powinny być nastawione na spryt Polaków – naszą umiejętność szybkiego przyswajania nowych rozwiązań technologicznych, przedsiębiorczość w wymiarze indywidualnym.

Czy barierą nie będą jednak finanse?


Istnieje bardzo wiele możliwości finansowania NPRZMiRR, a wybór optymalnej drogi powinien być następstwem poważnej debaty różnych środowisk. W moim odczuciu środki na finansowanie energetyki prosumenckiej nie powinny, tak jak w Niemczech, pochodzić od odbiorców końcowych, lecz ze zdecentralizowanych pieniędzy Polskich Inwestycji Rozwojowych (PIR) oraz funduszy unijnych z nowej perspektywy budżetowej 2014-2020. Szacuję, że wyniosłyby one łącznie około 160 mld zł. Środki te mogłyby powędrować do budżetów samorządów, gdzie wójtowie czy burmistrzowie tworzyliby fundusze inwestycyjne na rozwój OZE, do których dokładaliby się prywatni inwestorzy. Z kolei mieszkańcy, szczególnie ci najbardziej przedsiębiorczy, w ramach Partnerstwa Publiczno-Prywatnego mogliby w tym czasie tworzyć sieci firm zdolnych do budowania instalacji OZE, inteligentnej infrastruktury itd. Jednym słowem – zamiast inwestować dziesiątki miliardów złotych w budowę elektrowni jądrowej, inwestowalibyśmy w swój lokalny, gminny fundusz wspierający OZE wielkości kilku – kilkunastu milionów złotych. W oparciu o te fundusze projektowane byłyby przedsięwzięcia pozwalające na konkurowanie energetyki odnawialnej z energetyką WEK. Jest to jednak, tak jak mówiłem, tylko jedna z opcji – wspólnie postarajmy się znaleźć tę najlepszą.


Dajmy Polakom „klocki” w postaci urządzeń OZE i inteligentnej infrastruktury, powiedzmy im, jakie korzyści mogą z nich wynikać i poczekajmy na to, aż zaczną się oni tymi „klockami” bawić, składać je, tworząc pole do rozwoju tych technologii w naszym kraju.

——————————-
[1] Trójgeneracja – skojarzone technologicznie wytwarzanie energii cieplnej, elektrycznej i chłodu użytkowego ([za:] www.termster.pl).
[2] Take or Pay – kontrakt w tej formule oznacza konieczność systematycznego odbioru umownie określonych ilości np. gazu, pod rygorem płacenia kar. Umowa taka nie przewiduje możliwości zagospodarowywania ewentualnych nadwyżek odebranego gazu, na przykład w przypadku gwałtownego spadku zapotrzebowania, poprzez jego reeksport lub odsprzedaż ([za:] słownik.cire.pl).
[3] Small Modular Reactor.
[4] Masdar ma być pierwszym samowystarczalnym energetycznie miastem na świecie, czerpiącym energię elektryczną z OZE.

O autorze:

prof. Jan Popczyk
Politechnika Śląska

Ukończył Wydział Elektryczny Politechniki Śląskiej w 1970 roku, od 1987 roku profesor tytularny. Jest prezesem Stowarzyszenia Klaster 3x20, wiceprezesem Polskiej Platformy Technologicznej Zielonej Energii oraz dyrektorem Centrum Energetyki Prosumenckiej w Politechnice Śląskiej. Pełni funkcję członka Rady Programowej Centrum Strategii Energetycznych (CSE) w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. W latach 1990–1995 współtworzył i realizował reformę elektroenergetyki, był pierwszym prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych, współtworzył i realizował koncepcję odłączenia polskiego systemu elektroenergetycznego od systemu POKÓJ (ZSRR i kraje Europy Środkowej) i połączenia z systemem zachodnioeuropejskim (UCPTE/UCTE). Był doradcą wicepremiera L. Balcerowicza ds. całego kompleksu paliwowo-energetycznego (1998–2000). Współpracował z wicepremierem J. Hausnerem (2003–2004) na rzecz sformułowania polskiej doktryny bezpieczeństwa energetycznego. Prowadzi badania w zakresie uwarunkowań przejścia energetyki postprzemysłowej w nowy etap rozwojowy, charakterystyczny dla społeczeństwa wiedzy, który nazywa SYNERGETYKĄ.

Inne artykuły tego autora:
23/10/2015 Praca i wiedza zamiast gigantycznych inwestycji 19/09/2014 Dajmy się ponieść trendom 21/12/2012 Pytania do polskiej energetyki