Rosja vs. LNG – gazowa wojna o Europę

5 sierpnia 2016

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski, Redaktor Centrum Strategii Energetycznych w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową.

Jakie wyzwania związane ze zmieniającymi się trendami na rynku gazu stoją obecnie przed Europą?

Głównym wyzwaniem na rynku europejskim będzie ukształtowanie w długim terminie architektury dostaw ze zdywersyfikowanych źródeł, gwarantującej bezpieczeństwo zaopatrzenia przy akceptowalnych cenach. W retoryce polityczno-ekonomicznej oznacza to dążenie do osłabienia zbyt mocnej dziś pozycji rynkowej Gazpromu. Jego dominująca rola wynika z istniejących rezerw potencjału wydobywczego, możliwości infrastrukturalnych koncernu oraz skali oferty eksportowej, przekraczającej w 2015 r. 200 mld m³.

Głównym wyzwaniem stojącym dziś przed rynkiem europejskim jest osłabienie zbyt mocnej dziś pozycji rynkowej Gazpromu.

Czy LNG jest już dziś w Europie dla Gazpromu faktycznym konkurentem, czy też dostęp do tego paliwa stanowi raczej argument negocjacyjny państw europejskich w rozmowach z rosyjskim gigantem, jak również np. ze Statoilem?

Zastanawiałem się niedawno, dlaczego największy europejski importer gazu, Niemcy, nie posiadają terminalu LNG. Dotarłem do odpowiedzi na interpelację Zielonych do Bundestagu w tej sprawie. Rząd oznajmił w niej, że przeprowadzona przez RWE, a więc ewentualnego operatora terminalu LNG w Wilhelmshaven, procedura Open Season przyniosła niemal zerowe zainteresowanie usługami potencjalnej instalacji. W uzupełnieniu dodano, że w długiej perspektywie czasowej Niemcy będą dysponowały dostępem do wystarczającej ilości taniego gazu z „rury”. Nie oznacza to jednak, że takie podejście wobec LNG mają też inne państwa Starego Kontynentu. Europejski potencjał instalacji LNG – łącznie ponad 200 mld m³ – stanowi około 20 proc. potencjału światowego, ale jest wykorzystywany tylko w około 25 proc. Odbiorcami zdecydowanej większości dostaw LNG do UE jest zaledwie pięć państw członkowskich (Hiszpania, Wielka Brytania, Francja, Portugalia i Belgia), do których dołączyły ostatnio Polska oraz Litwa. Spośród nich wszystkich jedynie kraje z Półwyspu Iberyjskiego opierają więcej niż połowę własnego zapotrzebowania gazowego na LNG. Oznacza to, że większość operatorów terminali odnotowuje na swojej działalności straty. Mimo to panuje jednak powszechne przekonanie, że to drogie ogniwo jest potrzebne w systemach energetycznych jako gwarant bezpieczeństwa dostaw. Aktualnie ceny gazu z terminali LNG są w Europie o około 20 proc. wyższe niż z sieci gazociągów, choć zdarzały się też przypadki odmienne, jak w 2014 r. w Hiszpanii oraz we Włoszech. Co ciekawe, o ile w 2010 r. udział LNG na rynku europejskim wynosił 30 proc., to dzisiaj jest to tylko 18 proc. W tym momencie gaz skroplony stanowi więc raczej dodatkowy atut w negocjacjach z „tradycyjnymi” dostawcami surowca niż alternatywę, która mogłaby zaspokoić większość europejskiego zapotrzebowania.

Czy oznacza to, że skutki zmian, jakie zachodzą dziś na światowym rynku gazu, będą w Europie odczuwalne tylko na płaszczyźnie cenowej, a jeżeli chodzi o architekturę kierunków dostaw, zachowane zostanie dotychczasowe status quo?

Kluczowym problemem dla Starego Kontynentu jest dziś właściwe oszacowanie popytu w perspektywie długoterminowej i hipotetyczna, wyjściowa analiza możliwych kierunków dostaw surowca. Patrząc na wielkość produkcji własnej gazu w Europie, można stwierdzić, że w ciągu ostatnich 11 lat wydobycie malało średniorocznie o 8,8 mld m³. Jeżeli trend ten będzie kontynuowany, tylko wypełnienie tej luki do 2020 r. będzie wymagało sprowadzenia na nasz kontynent dodatkowych 50 mld m³ gazu. Idąc dalej, zdaniem analityków Europa będzie musiała w perspektywie 2025 r. importować dodatkowo przynajmniej 110 mld m³, a w horyzoncie 2035 r. – ponad 150 mld m³ gazu. Z jakich źródeł zabezpieczyć te potrzeby? Wielkość udokumentowanych zasobów w Norwegii spadła od 2004 r. o 20 proc., a od tego czasu znacznie zmniejszyła się też jej przeciętna roczna produkcja. W Algierii w ostatnim czasie mocno ograniczone zostały inwestycje, można więc oczekiwać, że w kolejnej dekadzie możliwości importowe z tego kierunku w najlepszym wypadku wyraźnie spadną. Z kolei sprowadzanie gazu z Turcji jest dziś trudne ze względu na niewystarczającą infrastrukturę. W wielu kręgach artykułowane są życzenia, aby nadchodzący znaczny przyrost popytu był zaspokajany przez import LNG z USA. Pierwsza dostawa z terminalu Sabine Pass do portu Sines w Portugalii tylko wzmocniła te nadzieje. Tym bardziej że potencjał importowy LNG na Starym Kontynencie przekracza dziś wielkość rocznego importu gazu z Rosji. Natomiast całkowity potencjał eksportowy USA „w budowie” to około 2/3 obecnego eksportu Gazpromu do Europy.

Europa będzie musiała w perspektywie 2025 r. importować dodatkowo przynajmniej 110 mld m³, a w horyzoncie 2035 r. – ponad 150 mld m³ gazu. Z jakich źródeł zabezpieczyć te potrzeby?

Gazprom z pewnością jednak nie odda europejskiego rynku bez walki. Czy jesteśmy zatem w przededniu handlowej wojny pomiędzy rosyjskim gazem a amerykańskim LNG?

Pozostając przy terminologii wojennej, jesteśmy dziś w okresie zbrojeń. Podstawową bronią jest oczywiście cena. Aby przejść do oceny jej skuteczności, zastanówmy się, jaki jest stan wyjściowy. Wielkość eksportu Gazpromu do Europy (bez państw bałtyckich) wyniosła w 2015 r. 158,6 mld m³. A zatem o 8 proc. (11,8 mld m³) więcej niż w roku 2014. Wartość ta odpowiada niemalże rocznemu wolumenowi rosyjskich dostaw do Francji czy Wielkiej Brytanii. W I kwartale 2016 r. eksport Gazpromu do Europy wzrósł o kolejne 28 proc. Nie zapominajmy również o norweskim gazie (108 mld m³ w 2015 r.), którego eksport w tym samym kwartale wzrósł o 17 proc. Można zatem stwierdzić, że póki co Rosja i Norwegia starają się „utopić” Europę w swoim, tańszym niż LNG, gazie.

O tym, że Gazprom ostro gra o Stary Kontynent, świadczą również spotkania przedstawicieli firmy z czołowymi bankami inwestycyjnymi, które miały miejsce w lutym tego roku w Nowym Jorku oraz Londynie. Przy okazji prezentacji nowej strategii koncernu Rosjanie przedstawili inwestorom pełną kalkulację kosztu łańcucha dostaw LNG z USA do Europy, z której wynikało, że jest on wyższy od aktualnej ceny gazu w europejskich hubach. Tego, że Amerykanom trudno byłoby wygrać wojnę cenową w Europie, dowodzą także badania przeprowadzone przez Oxford Institute for Energy Studies. Według jego szacunków koszt dostarczenia rosyjskiego gazu do Niemiec wynosi 3,5$/MMBtu, a szacunkowy próg rentowności (ang. break even point) dla dostaw amerykańskiego LNG do Europy to 4,3$. Nawet szef amerykańskiego Cherniera, Charif Souki, stwierdził w grudniu 2015 r., że Europa musiałaby płacić 7-8$, a Azja 9$/ MMBtu, aby eksport LNG był dla jego firmy ekonomicznie uzasadniony.

Zestawienie tych danych pozwala zrozumieć strategię Gazpromu, który poprzez zarządzanie cenami chce utrzymać swój udział w rynku. Argument dla wojny cenowej jest prosty: jeżeli Arabia Saudyjska, jako czołowy producent ropy naftowej, nie zamierza ograniczać swojej produkcji na tym rynku, to podobnie zachowuje się Gazprom, jako główny właściciel wolnych mocy na światowym rynku gazu. Spółka ta ma bowiem – w dużej mierze dzięki zbyt optymistycznym prognozom popytu – około 100 mld m³ wolnych mocy produkcyjnych. Stanowi to około 25 proc. jej produkcji oraz 3 proc. światowego wydobycia.

Jeżeli Arabia Saudyjska, jako czołowy producent ropy naftowej, nie zamierza ograniczać swojej produkcji na rynku ropy naftowej, to podobnie zachowuje się Gazprom, jako główny właściciel wolnych mocy na światowym rynku gazu.

Jakie są główne, strategiczne cele wojny cenowej Gazpromu w Europie?

Po pierwsze, ukształtowanie niskiego poziomu cen LNG na rynku europejskim w krótkim terminie. Po drugie, zahamowanie nowych inwestycji w projekty LNG w dłuższej perspektywie. Realizacja pierwszego z nich może wymagać obniżenia przeciętnej rosyjskiej ceny gazu dla państw europejskich poniżej krańcowego kosztu dostaw z USA do Europy. Jest to dla Gazpromu scenariusz bolesny, lecz możliwy do długookresowego utrzymania. Pozostaje pytanie, ile gazu Amerykanie będą w stanie eksportować do Europy w długim terminie. Spośród pięciu terminali znajdujących się w budowie, tylko jeden podpisał umowy na dostawy na rynek europejski. Również z działającego już terminalu Sabine Pass większość eksportu jest, i w horyzoncie dwudziestu lat będzie, kierowana na rynek azjatycki. Wydaje się więc, że nawet gdyby Amerykanie – co jest mało prawdopodobne – kierowali w najbliższym czasie na Stary Kontynent połowę swojego eksportu, nie naruszyliby istotnie interesów rosyjskich ani norweskich. To, czy będą mogli oni realnie zagrozić Gazpromowi na europejskim rynku, okaże się dopiero w horyzoncie 5-10 lat, gdy potencjał eksportowy USA będzie 3-4 razy większy od obecnego. Inne mogą być też wówczas uwarunkowania rynkowe. Nie jest przecież powiedziane, że ceny na światowym rynku LNG są dane raz na zawsze.

Gazprom, prowadząc wojnę cenową w Europie, chce w krótkim terminie ukształtować niski poziom cen LNG na tym rynku, a w perspektywie długookresowej – zahamować nowe inwestycje w projekty LNG.

Czy Gazprom – poprzez oferowanie niższych cen gazu – jest w stanie „przekupić” Europę, by nie dywersyfikowała kierunków dostaw surowca i pozwalała na więcej rosyjskiemu monopoliście?

Odnoszę wrażenie, że poruszamy się w dwóch różnych wymiarach rzeczywistości. Z jednej strony mamy deklaracje brukselskich urzędników dotyczące konieczności ograniczenia nadmiernego uzależnienia Europy od Gazpromu i zwiększenia dywersyfikacji dostaw. Z drugiej zaś widoczne są też rzeczywiste działania wielkich, ponadnarodowych koncernów – w szczególności niemieckich – skutkujące intensyfikacją relacji biznesowych z rosyjskim gigantem. Zaliczyć do nich można wymianę aktywów strategicznych, wspólne zaangażowanie stron w budowę i eksploatację magazynów gazu w krajach europejskich, produkcję specjalnych rur dla gazociągów morskich i lądowych, czy zaangażowanie kapitałowe w realizację kolejnego wielkiego projektu – Nord Stream 2. Przemysł niemiecki, o ogromnym potencjale eksportowym, od dawna groźnie pomrukuje, chcąc zniesienia sankcji nałożonych na Rosję. Akceptacja dla projektu Nord Stream 2 oraz decyzja rządu o budowie gazociągu EUGAL z Greifswaldu do Czech potwierdzają dążenie Niemiec do zbudowania pozycji europejskiego hubu gazowego oraz centrum logistycznego dystrybucji tego surowca. Analitycy podkreślają, że Europa powoli oswaja się z malejącym znaczeniem tranzytowym Ukrainy, a planowane ukończenie EUGAL w 2019 r. dziwnie zbiega się w czasie z końcem umowy pomiędzy Moskwą a Kijowem o tranzycie gazu. Sankcje nie będą trwały wiecznie, prezydent Putin nie jest nieśmiertelny, a wielomiliardowych interesów w tej branży nie buduje się w kilkuletniej, lecz co najmniej 20-letniej perspektywie. A Niemcom na załagodzeniu politycznego sporu Brukseli z Moskwą zależy tym bardziej, że apetyt na bycie hubem gazowym ma również znajdująca się między Europą kontynentalną, regionem Kaspijskim a Bliskim Wschodem Turcja. Lodowate – wskutek zestrzelenia przez Turków rosyjskiego samolotu wojskowego – relacje pomiędzy tymi państwami przerodziły się ostatnio w przyjacielskie. Koncepcja Turkish Stream może być reaktywowana – to tylko kwestia ceny.

Z jednej strony brukselscy urzędnicy mówią o konieczności ograniczenia nadmiernego uzależnienia Europy od Gazpromu i zwiększenia dywersyfikacji dostaw. Z drugiej zaś widoczne są też rzeczywiste działania wielkich, ponadnarodowych koncernów – w szczególności niemieckich – skutkujące intensyfikacją relacji biznesowych z rosyjskim monopolistą.

Analizując sytuację na europejskim rynku gazu, nie można jednak zapominać o relacjach biznesowych Rosji z Chinami. Czy eksport dużych ilości gazu na Wschód może zrekompensować Gazpromowi konieczność obniżenia cen na europejskim rynku?

O ile Europa, z wielu względów, jest bardzo ważnym, strategicznym partnerem gospodarczym dla Rosji, o tyle relacje rosyjsko-chińskie wyglądają zgoła odmiennie. Państwo Środka postrzega swojego sąsiada jedynie jako źródło tanich dostaw surowców, co potwierdza kontrakt – notabene o dyskusyjnej dla Gazpromu opłacalności –  dotyczący dostaw gazu poprzez „Siłę Syberii”. Ponadto Chiny, dzięki atrakcyjnemu kredytowaniu projektów energetycznych, opanowały surowcowe „miękkie podbrzusze” Rosji (Turkmenistan, Kazachstan), a wizyta chińskiego prezydenta w Iranie tuż po zniesieniu sankcji nałożonych na ten kraj pozwala na spekulowanie, że również i tam w inwestycje zaangażowany zostanie wielki chiński kapitał. Nic zatem dziwnego, że prognozy dostaw gazu do Chin w horyzoncie 2030 r. wskazują na to, że kraje Azji Centralnej będą miały 40-45 proc. udziału. A zatem znacznie więcej niż Rosja. Nie widzę zatem szans na to, by relacje biznesowe z Państwem Środka mogły być dla Moskwy dobrą alternatywą. Choć rosyjska propaganda mówi inaczej, państwo to jest skazane na utrzymywanie więzów strategicznych z Europą.

Choć rosyjska propaganda mówi inaczej, państwo to jest skazane na utrzymywanie więzów strategicznych z Europą. Chiny nie stanowią dla Moskwy wystarczająco atrakcyjnej alternatywy.