Polski węgiel – od miłości do biznesu

6 maja 2016

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski, Redaktor Centrum Strategii Energetycznych w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową.

Jakie czynniki mają największy wpływ na konkurencyjność węgla kamiennego na świecie?

Decyduje o niej przede wszystkim polityka. A ta jest dziś prowadzona w oparciu o teorię ocieplenia klimatu spowodowanego przez działalność przemysłową człowieka. To, na ile założenie to jest słuszne samo w sobie, jest tematem nadającym się na oddzielną dyskusję. Sam nie mam w tej kwestii dostatecznej wiedzy, ale nie uważam też, by przekazy medialne dotyczące tego zagadnienia bazowały na kompletnych i wiarygodnych informacjach. Kontestujący teorię ocieplenia klimatu bardzo często argumentują to działaniami sił finansowych. W interesie świata biznesu leży bowiem wytwarzanie nowych modeli generowania pieniądza. To trochę jak w banku, gdzie wymyśla się coraz to kolejne produkty, aby móc powiększać obrót i marże. Jak to się ma do węgla kamiennego? Ocieplenie klimatu zmieniło sposób podchodzenia do paliw kopalnych. Gdyby pokusić się o ocenę, ile tak naprawdę zużywa się na świecie węgla, a ile ropy naftowej i gazu, mogłoby się okazać, że znacznie więcej CO2 pochodzi ze spalania tych dwóch ostatnich, a węgiel stanowi tylko niewielki element całości. Surowiec ten jest jednak doskonałym przykładem na to, jak przy użyciu marketingu można zrobić z danej rzeczy czarną owcę, wręcz chłopca do bicia. Jest on więc przedstawiany jako brudny, czarny, dewastujący przyrodę, śmierdzący przy spalaniu oraz powodujący kwaśne deszcze. Z tego też względu górnictwo, energetyka węglowa i wszelkie inne dyscypliny z węglem związane, z powodów ideologicznych – a nie ekonomicznych – stają się powoli schyłkowe. W tej luce zaczynają się już pojawiać nowe przestrzenie biznesowe.

Czarny PR skierowany przeciwko węglowi powoduje, że górnictwo, energetyka węglowa i wszelkie inne dyscypliny z tym surowcem związane, z powodów ideologicznych – a nie ekonomicznych – stają się powoli schyłkowe.

O ile czarny PR dotyczący węgla prowadzony jest głównie przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone, o tyle propozycje ograniczania zużycia tego surowca, chociażby w Chinach, nie wydają się mieć źródeł ideologicznych. Mówi się, że z powodu smogu panującego w największych miastach tamtejsze władze obawiają się nawet powstania niepokojów społecznych. W Państwie Środka – a zapewne nie tylko tam – problem węgla jest więc jak najbardziej realny, namacalny.

Chiny zużywają najwięcej węgla na świecie. Nie tylko on jest jednak przyczyną występującego w tamtejszych miastach smogu. Przykładowo, w Pekinie i jego najbliższych okolicach miliony ludzi żyją w biedzie. Spalają oni w przydomowych paleniskach w celach grzewczych praktycznie wszystko. Jest to zupełnie niekontrolowane. W dodatku wiele spośród największych chińskich miast leży w pobliżu pustyń. Gdy wieje wiatr, ogromne ilości pyłów i piasków siłą rzeczy przedostają się do metropolii. Proszę wreszcie spojrzeć na dynamikę rozwoju tego państwa. W Pekinie byłem w 1996, a następnie w 2015 roku. Zszokowało mnie to, że za pierwszym razem widziałem tam dziesięć milionów rowerów, a za drugim dziesięć milionów samochodów. Wszystkie te rzeczy mają ogromny wpływ na panujący w chińskich miastach smog. Rola węgla jest w tym procesie jedynie fragmentaryczna.

Czy należy się spodziewać, że marginalizacja roli węgla będzie na świecie przebiegała w zróżnicowany sposób?

Rozkład geograficzny zużycia węgla na świecie był, jest i pozostanie bardzo zróżnicowany. Gospodarki rozwijające się, jak np. chińska czy indyjska, ciągle będą z niego korzystały, bo muszą przejść przez tę samą fazę rozwoju, co w latach 50. i 60. XX wieku Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Mimo to uważam, że cały trend związany z wykorzystywaniem węgla kamiennego jest nieuchronnie spadkowy. Jego liderem jest oczywiście Unia Europejska. Co ciekawe, w unijnych dyrektywach nie ma ani słowa o odchodzeniu od węgla, lecz jedynie o dekarbonizacji, a więc działaniach na rzecz ograniczania emisji CO2. Choć gaz ten emitowany jest nie tylko podczas spalania węgla, to uprawiana w Europie polityka uderza z największą siłą właśnie w niego. Odejście od tego surowca deklarują również Stany Zjednoczone. W dużej mierze jest to spowodowane rewolucją łupkową. O ograniczeniu produkcji węgla mówi się także w Chinach, czego zasadniczym powodem jest spowolnienie gospodarcze. Biznes węglowy stał się o wiele mniej opłacalny niż jeszcze 4-5 lat temu. Perspektywy powrotu do znaczenia, jakie miał w tamtym czasie, są coraz bardziej mgliste także z powodu dynamicznego rozwoju alternatywnych technologii wytwarzania energii. Niemniej jednak nie ma szans, by węgiel zniknął z energetycznej mapy świata szybciej niż w horyzoncie najbliższych kilkudziesięciu lat.

Co to oznacza dla polskiej energetyki?

Nasz kraj w możliwym do przewidzenia czasie nie będzie zdolny do przebudowania swojej energetyki tak, by opierała się na jakichkolwiek innych niż węgiel źródłach energii. Jej wytwarzanie z gazu, a tym bardziej z ropy, jest bardzo drogie. Ze względu na uwarunkowania naturalne nie będziemy też potentatem w hydroenergetyce. Nie wyróżniamy się także, jeśli chodzi o warunki wietrzne czy słoneczne. Dodajmy do tego, że energetyka wiatrowa jest szczególnie źle postrzegana przez sektor węglowy, który lobbuje przeciwko OZE. Dowodem na jego siłę i skuteczność jest najnowsza ustawa, która może doprowadzić do całkowitego wstrzymania budowy nowych elektrowni wiatrowych w Polsce. W długim okresie relatywnie tanim źródłem energii są elektrownie atomowe. Ich budowa wiąże się jednak z ogromnymi kosztami, na których poniesienie na pewno nie będzie nas w najbliższym czasie stać. Wszystko to powoduje, że przez co najmniej 40 lat energii wytwarzanej w blokach węglowych nie da się w naszym kraju zastąpić. Pomimo wszelkich narzekań na ten surowiec nie ma u nas po prostu możliwości znalezienia w najbliższym czasie jego substytutu. Nie oznacza to oczywiście, że zużycie węgla nie będzie w naszym kraju spadało. Będzie – jednak głównie ze względu na zastępowanie starych, zużytych bloków nowymi o znacznie wyższej sprawności.

Pomimo wszelkich narzekań na węgiel nie ma w polskiej energetyce możliwości szybkiego zastąpienia go innymi źródłami energii.

Czy Polskę stać jednak na dalsze trwanie przy energetyce opartej na drogim rodzimym węglu?

Na najbliższe lata jest on dla nas jedyną możliwą opcją. Tylko bogate społeczeństwa stać na rozwijanie oraz korzystanie z energetyki odnawialnej. Dopóki nie staniemy się krajem zamożnym, nie będziemy mogli sobie pozwolić na kupowanie energii po tak wysokich cenach. Dla Niemców są one do zaakceptowania, lecz z perspektywy Polaków droga jest dziś nawet energia z węgla. Uważam, że nie mamy alternatywy i jesteśmy zmuszeni do kontynuowania obecnego modelu, modernizowania jego elementów i przygotowywania się do transformacji, jaką przejdzie w horyzoncie kilkudziesięciu lat. Dziś jako kraj mamy znacznie większe potrzeby, związane chociażby z budowaniem wysokiej jakości systemów telekomunikacyjnych, drogowych, kolejowych oraz silnych przedsiębiorstw, które dadzą Polakom dobrą pracę. Jestem przekonany, że wraz z bogaceniem się polskiego społeczeństwa  będziemy odwracali się od źródeł tanich i emisyjnych kosztem płacenia więcej za energię czystszą. Będzie to jednak proces długotrwały, ewolucyjny.

Stopniowo, wraz z bogaceniem się polskiego społeczeństwa, będziemy odwracali się od źródeł tanich i emisyjnych kosztem płacenia więcej za energię czystszą.

Czy możemy sobie jednak pozwolić na tak spokojną transformację krajowej energetyki, skoro jesteśmy członkiem Unii Europejskiej forsującej intensywnie swoją politykę klimatyczną oraz budującej wspólny rynek energii, na którym nasze źródła konwencjonalne mogą nie być konkurencyjne w stosunku do zachodnich OZE? A w interesie Polski nie leży raczej opuszczanie tej struktury…

Energetyka węglowa wciąż ma w Polsce wielki potencjał. Powinna być więc przez polskie rządy i społeczeństwo akceptowana i tolerowana, jeżeli tylko spełnione zostaną dwa konieczne warunki. Koszt wytworzenia energii elektrycznej zależy od kosztów paliwa i sprawności elektrowni. Po pierwsze zatem polskie górnictwo powinno zapewniać energetyce tani węgiel. Po drugie, jako że proces budowy krajowego systemu elektroenergetycznego zakończyliśmy de facto w latach 80., przez co wciąż funkcjonujemy w oparciu o bloki stare, niskosprawne i wykorzystujące ogromne ilości węgla, niezbędna jest ich wymiana na nowe bloki nadkrytyczne o bardzo wysokiej sprawności. Niestraszny nam będzie wówczas ani wspólny rynek energii, na którym konkurować będziemy z elektrowniami konwencjonalnymi i instalacjami OZE z zagranicy, ani też opłaty za emisję CO2.

Energetyka węglowa wciąż ma w Polsce wielki potencjał. Aby go uwolnić, konieczne jest jednak spełnienie dwóch warunków: górnictwo musi zapewniać sektorowi energetycznemu tani węgiel, a przestarzałe bloki opalane węglem powinny zostać zastąpione nowoczesnymi, wysokosprawnymi instalacjami.

Czy jest możliwe, by tani węgiel zasilający nasze elektrownie mógł pochodzić z Polski? Obecnie koszty jego wydobycia należą do najwyższych na świecie…

Tani węgiel może i powinien pochodzić z naszego kraju. Największym problemem polskiego górnictwa, podobnie zresztą jak związanego z nim sektora nauki, jest to, że osiadły one na laurach. Z tego powodu zaczęliśmy się oddalać od najnowszych rozwiązań stosowanych na świecie. Ten wyprzedził nas o kilka długości. Nawet w krajach takich jak Chiny czy Rosja udało się wdrożyć technologie pozwalające na tanią eksploatację węgla. Najlepszym na to przykładem jest chińska kopalnia Mengda. Węgiel jest tam eksploatowany z jednej ściany o długości 400 m. Kopalnia zatrudnia 480 pracowników, a roczne wydobycie sięga 12 mln ton surowca. Dla porównania, najlepsza polska kopalnia – Bogdanka – wydobywa około 7-8 mln ton węgla, a potrzebuje do tego czterech ścian i 5 tys. ludzi. Z czego bierze się ta różnica? Przez ostatnich 20 lat zaniechaliśmy rozpoznania złóż, ich dokumentowania, wdrażania nowych technologii organizacji pracy, przepisów prawa pracy, sposobu eksploatacji surowca itd. Przestarzałe są też systemy monitoringowe naszych kopalń, cała związana z górnictwem elektronika.

Największym problemem polskiego górnictwa, podobnie zresztą jak związanego z nim sektora nauki, jest to, że osiadły one na laurach. W ostatnich dwóch dekadach świat wyprzedził nas technologicznie o kilka długości.

Jak bardzo przekłada się to na efektywność wydobycia?

W Zagłębiu Górnośląskim wydajność kopalni to około 600-700 ton węgla na jednego zatrudnionego pracownika w ciągu roku. Jest to średniowiecze – tyle można było wydobyć za pomocą materiału wybuchowego i łopat, wywożąc surowiec na koniach. W Bogdance jest to 1200-1300 ton rocznie. A za granicą? W kopalniach angielskich – 4 tys. ton na pracownika, w australijskich – 7 tys. ton. W kopalniach amerykańskich – średnio 10 tys. ton, a w chińskich nawet 17 tys. ton. Mówię tu oczywiście o kopalniach podziemnych, nie odkrywkowych. Skąd wzięła się ta różnica? W okresie szczytu cen węgla środki uzyskiwane z jego sprzedaży reinwestowano w wielu krajach w prace badawczo-rozwojowe. Na ich bazie stworzone zostały nowoczesne rozwiązania służące produkcji węgla i zarabiania na nim. My natomiast nie pomyśleliśmy, by wykorzystać te pieniądze w taki sposób, i pozostaliśmy w skansenie.

Czy obecna sytuacja krajowego górnictwa nie wynika również z filozofii funkcjonowania tego sektora w Polsce?

Anglicy stworzyli kapitalny trójkąt efektywności kopalni. Jego wierzchołki stanowią: stopień wykorzystania złoża, koszt wydobycia oraz bezpieczeństwo wydobycia. Modele górnictwa w poszczególnych państwach mogą funkcjonować w oparciu o jedynie dwa z tych wierzchołków – nie jest możliwe osiągnięcie wszystkich trzech naraz. Wyróżnić zatem można de facto trzy modele. Pierwszy z nich zakłada maksymalne wydobycie złoża przy uzyskaniu jak najniższych kosztów. Chodzi w nim o to, by wybrać spod ziemi wszystko, co jest do wybrania, nie bacząc zbytnio na bezpieczeństwo. Taki paradygmat obowiązywał do niedawna w Chinach i nadal jest obecny w niektórych słabo rozwiniętych państwach azjatyckich. Są też kraje, w których optymalizuje się koszty i zwraca uwagę na bezpieczeństwo. Tym samym nie wykorzystuje się złoża w całości – odpuszcza się wydobycie w miejscach, gdzie jest to ekonomicznie nieopłacalne. Model ten funkcjonuje w krajach takich jak Australia czy Stany Zjednoczone. W tę filozofię powoli wpisują się też Rosja oraz Chiny. Są wreszcie państwa, gdzie stawia się na bezpieczeństwo oraz maksymalne wyeksploatowanie złoża. Koszt nie jest wówczas istotny, przez co produkcja węgla staje się bardzo droga. Do tej grupy zalicza się m.in. Polskę. Na złoże cały czas patrzymy nie przez pryzmat ekonomii, lecz miłości do węgla – kopie się go u nas dla samego kopania, a nie dla zrobienia biznesu. To moim zdaniem absolutne szaleństwo.

W Polsce na złoże nie patrzymy przez pryzmat ekonomii, lecz przez pryzmat miłości do węgla – kopie się go u nas dla samego kopania, a nie dla zrobienia biznesu.

Czy tę sytuację da się zmienić? Wcześniej mówił pan, że w Polsce możliwe jest tanie wydobywanie węgla…

Sytuacja rosyjskiego górnictwa jeszcze 5-6 lat temu była gorsza od polskiego, a jednak znaleźli się tam ludzie zdolni do przebudowania tego sektora za pomocą nowoczesnych technologii, tak by produkował tani węgiel. Jeżeli i w Polsce uda się zaangażować osoby odpowiedzialne i przyjmujące do wiadomości, w jakim stanie znajduje się dziś krajowe górnictwo, będzie można je poprawić tak samo jak w Rosji.

Czego konkretnie miałyby dotyczyć zmiany?

W całym polskim górnictwie węgla kamiennego stosuje się technologię obudowy podporowej i systemy krótkich ścian. Zarówno nasze prawo, wiedza, jak i mentalność nie dopuszczają zmiany i przejścia na system długich ścian z chodnikami utrzymywanymi w kotwach. W takim systemie koncentracja wydobycia jest wysoka, a koszt budowy chodników o 60-70 proc. niższy. Taką samą ilość metrów gotowego chodnika można wykonać co najmniej dwukrotnie szybciej niż w obudowie podporowej. W dodatku o 100 proc. wzrasta szybkość urabiania pokładu ścianami. W konsekwencji drastycznie maleje liczba ludzi niezbędnych do prac pod ziemią, o minimum 50 proc. spada koszt jednostkowy produkcji węgla w porównaniu do obecnych technologii stosowanych w Polsce, znacznie rzadziej zdarzają się też wypadki. Wysokość wynagrodzenia górników przestaje mieć tak duże znaczenie gdyż wydajność ich pracy może wzrosnąć nawet trzykrotnie w porównaniu ze stanem obecnym. System kotwowy stosuje się dziś we wszystkich państwach wydobywających węgiel kamienny za wyjątkiem Niemiec oraz Polski. Wśród Anglików utarło się nawet powiedzenie: nie kotwisz, nie żyjesz. Jego jedynym „mankamentem” z perspektywy polskiego górnictwa jest to, że nie zakłada on wybierania złoża do czysta, lecz eksploatowanie jedynie tych jego fragmentów, których wydobycie jest ekonomicznie opłacalne. Tak jak wspominałem – u nas na górnictwo nie patrzy się przez pryzmat biznesu. Stąd też dochodzi do takich sytuacji jak np. w kopalni Kazimierz-Juliusz, gdzie toczona była wojna o wybranie ostatniego skrawka węgla, za co trzeba będzie zapłacić koszmarne pieniądze.

W całym polskim górnictwie węgla kamiennego stosuje się technologię obudowy podporowej i systemy krótkich ścian. Tymczasem powszechnie wykorzystywaną na świecie, znacznie bardziej wydajną alternatywą jest system kotwowy.

Dlaczego technologii kotwowej nie stosuje się w Polsce?

Przez wzgląd na naszą mentalność. Jest ona zaszczepiona w prawie geologiczno-górniczym, przyjmującym XVIII-wieczną filozofię. W tamtych czasach węgiel był w Polsce traktowany jako niesamowite dobro. Kopano go, wybierano każdy jego najmniejszy kawałek niczym złoto. Dziś węgiel nie jest już tak cenny – jest tani jak barszcz. Polskie prawo nakazuje jednak wybieranie każdego złoża do czysta. W związku z tym urzędy górnicze niczym policja pilnują, by tak było. Druga rzecz to brak wiedzy i odwagi wśród osób nadzorujących górnictwo, a także kadry zarządczej polskich spółek górniczych. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że kopalnią może dobrze zarządzać ktoś, kto nie ma wiedzy górniczej i geologicznej. Tu nie wystarczy znajomość ekonomii i arkusza kalkulacyjnego. To zbyt mało. Trzeba orientować się w technologiach, jeździć po świecie i oglądać, jak wydobywają inni. Często oskarża się polityków o to, w jakim stanie jest polskie górnictwo. Niech w pierś się jednak uderzą również górnicy i powiedzą, co zaproponowali politykom, żeby podnieść efektywność tego sektora. Nic. Polityk nie zna się na wydobywaniu węgla. To menedżer górniczy powinien do niego pójść i powiedzieć: mamy technologię, która pozwoli zwiększyć wydajność górnictwa. Dopóki nie zmieni się mentalność polskich górników, a mianujące menedżerów spółek górniczych władze nie będą wymagały od nich pomysłów na unowocześnienie sektora, dopóty będzie on kulał.

Jak jednak możemy stosować technologię kotwową, skoro – jak pan wspominał – jest ona niezgodna z prawem?

W polskim prawie jest mowa o tym, że jeżeli wybieranie jakiejś partii złoża jest ekonomicznie nieuzasadnione, można tego zaprzestać. Jest to kwestia interpretacji, stanowiąca furtkę, z której można skorzystać. To, że jest to możliwe, udowadnia KGHM, który w swoich kopalniach miedzi stosuje system kotwowy. W przypadku górnictwa węgla kamiennego decyzja zależy od ministra środowiska, który musiałby zaakceptować plan zagospodarowania złoża, oraz od urzędników w okręgowych urzędach górniczych, którzy musieliby pozwolić na wdrażanie tego planu. Stronami dodatkowymi są tu górnicy oraz menedżerowie górniczy, na których barkach leżałoby wprowadzenie nowego systemu. Pytanie tylko, czy będą mieli motywację, by się na to odważyć. Do tej pory obowiązywała filozofia: wykorzystujemy złoże do czysta i stosujemy obudowę łukową, bo wtedy nic się nie zapali i nic się nie zawali. Po co więc próbować wprowadzać coś nowego, robiąc kłopot ministrowi, urzędowi okręgowemu i samemu sobie?

No właśnie – bezpieczeństwo. Czy w systemie kotwowym ryzyko, że coś tąpnie, jest większe niż przy stosowaniu obudowy łukowej?

Obudowa kotwowa, jeśli jest w odpowiedni sposób wykonana i monitorowana, daje takie samo bezpieczeństwo jak łukowa. W Polsce przyjęło się natomiast rozumowanie, że kiedy postawi się obudowę łukową, to jak tąpnie, być może zdoła ona wytrzymać. A tak naprawdę żadna obudowa nie jest w stanie wytrzymać tąpnięcia. Nie ma co się oszukiwać – naprężenia, które wyzwalają się w jego wyniku, są zbyt wielkie. Dyskusja na ten temat jest więc bezzasadna. Zastosowanie nowoczesnej technologii kotwowej pozwoliłoby za to na bezpieczny dostęp do większej ilości złóż. Przykładowo kopalnia Sośnica, posiadająca ogromne zasoby około 100 mln ton węgla uwięzionych pod największym węzłem autostradowym w Europie, nie eksploatuje ich ze strachu przed potencjalnymi tąpnięciami. I faktycznie, wydobywając węgiel systemem ścianowym na zawał z chodnikami w obudowie podporowej, zawał spowodowałby obniżenie powierzchni terenu i zniszczenie infrastruktury, za co musiałaby zapłacić kopalnia. Stosując jednak system komorowo-filarowy z wykorzystaniem w wyrobiskach samodzielnej obudowy kotwowej można byłoby bezpiecznie i bez szkód na powierzchni wybrać dużą część pokładów. Oczywiście, pewną wadą tej metody jest to, że nie wybiera się całego węgla, lecz tylko jego część. Jest to jednak lepsze niż całkowite zaniechanie wydobycia dla ochrony powierzchni. Po pierwsze, pozwala kopalni egzystować. Po drugie, daje możliwość wydobywania surowca bardzo tanio.

Cały czas mówimy o technologiach, które mogą pozwolić nam na tanią eksploatację węgla, ale nie poruszyliśmy do tej pory kwestii wielkości naszych zasobów. Nawet na ten temat zdania ekspertów są bardzo podzielone.

Mamy dziesiąte największe zasoby węgla kamiennego na świecie. Według mojej wiedzy w około 80 proc. z nich da się zastosować technologię kotwową. Przy jej wykorzystaniu będziemy mieli do wydobycia około 9 mld ton węgla na Śląsku oraz około 1 mld ton na Lubelszczyźnie. Łącznie daje to 10 mld ton surowca. Jakie jest natomiast zapotrzebowanie krajowej energetyki na węgiel? Około 30 mln ton rocznie. W perspektywie 40 lat, nawet przy karkołomnym założeniu, że popyt na węgiel nie będzie się zmniejszał, sektor energetyczny zużyje zatem 1,2 mld ton tego surowca, a więc nieco ponad 10 proc. zasobów, których wydobycie jest ekonomicznie uzasadnione.

Nasze zasoby węgla są bardzo duże. W perspektywie 40 lat, nawet zakładając, że popyt na węgiel nie będzie spadał, sektor energetyczny zużyje 1,2 mld ton tego surowca, a więc nieco ponad 10 proc. zasobów, których wydobycie jest ekonomicznie uzasadnione.

Czy wprowadzenie technologii kotwowej wiązałoby się z koniecznością zamknięcia części polskich kopalń?

Mogłoby spowodować ograniczenie zatrudnienia, lecz niekoniecznie zamykanie kopalń. Choć przy gwałtownym zwiększeniu ich wydajności wydobycie znacznie przekroczyłoby potrzeby polskiego systemu elektroenergetycznego, to pamiętajmy jednak, że państwa Unii Europejskiej sprowadzają rocznie 200 mln ton węgla. Mamy potencjał, by eksploatowany przez nas surowiec był tańszy od importowanego z Rosji. Moglibyśmy więc na europejskim rynku zaistnieć jako eksporter węgla, a sobie zapewnić i bezpieczeństwo energetyczne, i pracę dla górników, i spokój społeczny.

Mamy potencjał, by eksploatowany przez nas surowiec był tańszy od importowanego z Rosji. Moglibyśmy na europejskim rynku zaistnieć jako eksporter węgla, a sobie zapewnić i bezpieczeństwo energetyczne, i pracę dla górników, i spokój społeczny.

O autorze:

Mirosław Taras
Doradca Zarządu, PD Co

Od 2015 r. doradca Zarządu PD Co. Poprzednio - w 2014 r. - pełnił funkcję Prezesa Zarządu Kompanii Węglowej S.A. Wcześniej od 2013 r. Prezes Zarządu Lubelskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. W latach 2001-2012 w spółce Lubelski Węgiel Bogdanka S.A., gdzie od 2008 r. pełnił funkcję Prezesa Zarządu. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (specjalność: projektowanie i budowa kopalń), Szkoły Controllingu w Katowicach oraz studiów podyplomowych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (kierunek: zarządzanie finansami przedsiębiorstw).

Inne artykuły tego autora:
14/11/2014 Jak jaskiniowcy: zamiast rozwoju - przetrwanie