OZE – lepsze własne niż obce

18 marca 2016

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski, Redaktor Centrum Strategii Energetycznych w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową.

Wprowadzenie dwudziestego stopnia zasilania obnażyło w ubiegłym roku słabości Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. Jaka jest obecnie jego kondycja?

Nadal jest on bardzo podatny na ryzyko pogodowe. W sierpniu ubiegłego roku to właśnie fale upałów przyczyniły się do podjęcia nadzwyczajnych działań przez Operatora Systemu Przesyłowego. Podobne zdarzenia mogą jednak występować również zimą. Jeżeli silne mrozy przyjdą po okresie suszy, stan wód w rzekach może być zbyt niski dla pracy elektrowni termicznych. Generalnie, narażenie naszego kraju na tego typu zjawiska w dużej mierze wynika z bardzo jednorodnej struktury posiadanych przez nas zasobów energetycznych.

W tym roku sytuacja z sierpnia może się zatem powtórzyć?

Wciąż nie mamy możliwości, aby w krótkim czasie uruchomić potencjał wytwórczy zdolny do wyeliminowania zagrożenia związanego ze spadkiem wydajności elektrowni czy to podczas fali upałów, czy też w trakcie solidnego mrozu przy niskim poziomie wód w rzekach. Niemniej jednak w porównaniu z ubiegłym rokiem nasza sytuacja poprawiła się o tyle, że dysponujemy dziś dodatkowym połączeniem transgranicznym o mocy 500 MW na przekroju północnym, które biegnie przez Litwę. Oznacza to, że możliwości importowe z Nordpool wzrosły z 600 do 1100 MW. Warto zaznaczyć, że mowa tu o połączeniach stałoprądowych, niepodatnych na przepływy kołowe, które blokują nam obecnie przepustowość interkonektorów na przekroju zachodnim. Z tego też względu jestem spokojny o bezpieczeństwo polskiego systemu energetycznego podczas najbliższego lata. Jest to wartość dodana integracji z europejskimi rynkami energii, z miejsca poprawiająca naszą sytuację. Łączenie rynków służy zresztą bezpieczeństwu każdego z krajów członkowskich Unii Europejskiej.

W porównaniu z ubiegłym rokiem sytuacja KSE poprawiła się o tyle, że dysponujemy dziś dodatkowym połączeniem transgranicznym o mocy 500 MW z Nordpool, które biegnie przez Litwę. W przypadku upałów nasz system będzie mógł skorzystać z energii skandynawskiej przesyłanej połączeniami o mocy 1100 MW.

Nie chcemy chyba jednak opierać bezpieczeństwa energetycznego Polski wyłącznie na imporcie energii. Wydaje się, że może być on dla KSE pewnym kołem ratunkowym, lecz długofalowo warto mieć dla naszej energetyki jasno wytyczony plan. Na jaką koncepcję rozwoju tego sektora powinniśmy się zdecydować?

Mówiąc o przyszłości polskiej energetyki, w debacie publicznej często podkreślana jest konieczność wyboru pomiędzy scenariuszem węglowym a OZE. Nie podoba mi się stawianie sprawy na ostrzu noża – albo kurczowo trzymamy się węgla, albo jak najszerzej otwieramy się na źródła odnawialne. Żaden z dwóch skrajnych scenariuszy nie jest dobry. Szybkie odejście od węgla jest tak samo niemożliwe, jak opieranie naszej energetyki na tym surowcu przez kolejne sto lat. Zmniejszanie jego roli powinno następować stopniowo, tak by jednostki nim opalane stanowiły w latach 2030-2050 dopełnienie do coraz silniejszego sektora OZE. Okres ten postrzegam jako fazę przejściową dla polskiej energetyki.

Szybkie odejście od węgla jest tak samo niemożliwe, jak opieranie naszej energetyki na tym surowcu przez kolejne sto lat. Zmniejszanie jego roli powinno następować stopniowo, tak by jednostki nim opalane stanowiły dopełnienie do coraz silniejszego sektora OZE w latach 2030-2050.

Obrona polskiego węgla „za wszelką cenę” nie jest zatem dla nas dobrą strategią?

Uważam, że podważanie idei wspólnej Europy tylko po to, aby móc produkować nieco więcej energii elektrycznej z węgla, nie leży w interesie Polski. Jeżeli mamy w UE o coś walczyć, to róbmy to z myślą o naprawdę ważnych z naszego punktu widzenia celach, jak np. o wolnym przepływie usług. Polacy ogromnie by na tym skorzystali. Wzbogaciłoby to naszych rzemieślników czy specjalistów z wielu różnych dziedzin. Tymczasem na bronieniu węgla „do upadłego” zyskują przede wszystkim dwie dość wąskie i relatywnie zamożne grupy interesów – górnicy oraz energetycy. Pomyślmy o tym w wymiarze sprawiedliwości społecznej. Dlaczego środki, które otrzymują dziś pracownicy kopalni i elektrowni, nie mogłyby być kierowane do małych przedsiębiorców, szkół czy szpitali? Poza tym pamiętajmy też, że baza zasobowa, na której utrzymuje się konstrukcja energetyki węglowej, bardzo szybko się kurczy. A inwestowanie w dziedzinę, która nie jest perspektywiczna, to dla naszego kraju ogromne ryzyko.

Podważanie idei wspólnej Europy tylko dlatego, że chcemy mieć trochę więcej energii elektrycznej z węgla, nie leży w interesie Polski. Jeżeli mamy w UE o coś walczyć, to róbmy to z myślą o naprawdę ważnych z naszego punktu widzenia celach.

A czy pewnego rodzaju półśrodkiem nie mogłoby być promowanie technologii czystego węgla?

Rodzi się pytanie, dlaczego nie zajęliśmy się tym wcześniej. Świetną okazją była chociażby poprzednia perspektywa finansowa UE. Przedsięwzięcia w tym zakresie mogły zostać wsparte środkami zarówno z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, jak i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Tyle tylko, że nikt nie złożył stosownych wniosków – obecnie nie ma więc de facto żadnego realistycznego pomysłu w obszarze technologii czystego węgla.

Wszystko zatem wskazuje na to, że w dłuższej perspektywie jedyną opcją dla polskiej energetyki pozostają OZE?

W długim okresie jakiekolwiek źródła oparte na paliwach kopalnych nie będą w stanie konkurować ze źródłami odnawialnymi. W chwili obecnej nie wiadomo oczywiście, kiedy dokładnie instalacje wiatrowe i fotowoltaiczne – bo to właśnie one znajdą zapewne w Polsce najszersze zastosowanie – staną się konkurencyjne w porównaniu do energetyki konwencjonalnej. Wnioskując na podstawie trendów historycznych, należy się spodziewać, że nastąpi to już w połowie następnej dekady. Zielona energetyka zdominuje wówczas rynek nie tylko w Polsce, lecz i na całym świecie. Żadne regulacje nie będą w stanie tego powstrzymać. Nawet jeżeli wydalibyśmy ustawę, czy zapisalibyśmy w konstytucji, że na terenie naszego kraju nie będzie można postawić ani jednego wiatraka, ani też panelu fotowoltaicznego, to i tak polska energetyka nadal będzie się znajdowała pod wpływem rozwoju OZE. Nie kwestionując integracji z rynkiem europejskim, wraz z rosnącą przepustowością połączeń transgranicznych będzie do nas bowiem wpływało coraz więcej taniej energii odnawialnej produkowanej za granicą. W momencie gdy zawieje wiatr lub gdy słońce mocniej zaświeci, większość termicznych źródeł energii będzie unieruchamianych. Jaki z tego wniosek? Jedyną odpowiedzią na zagraniczne farmy wiatrowe oraz instalacje PV jest budowa farm wiatrowych oraz instalacji PV w Polsce.

Wprowadzając regulacje blokujące rozwój OZE, mamy zatem wiele do stracenia…

I to w dwóch wymiarach. Pierwsza strata polega na tym, że budowane przez nas źródła konwencjonalne nie będą po 2025 r. w stanie sprostać konkurencji na europejskim rynku. Po drugie – to, na czym moglibyśmy zarobić w energetyce odnawialnej, odpłynie za granicę. Nie mam wątpliwości, że lepiej lokować instalacje OZE w kraju niż poza jego granicami. Jest to oczywista korzyść dla gmin, w których się one znajdują, a także dla polskich obywateli. Po pierwsze, ze względu na zwiększone przychody z podatku od nieruchomości. Po drugie, z uwagi na to, że dzięki nim powstanie wiele nowych miejsc pracy. Po trzecie, przez wzgląd na generowane przez te instalacje zyski, spośród których część pozostanie w kieszeniach polskich inwestorów, obywateli czy fiskusa.

W horyzoncie najbliższych 10-15 lat OZE zdominują rynek energetyczny nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie. Zamykając się na nie, narażamy się na podwójne straty. Po pierwsze, budowane przez nas źródła konwencjonalne po 2025 r. nie będą w stanie sprostać konkurencji na wspólnym europejskim rynku. Po drugie – to, na czym moglibyśmy zarobić w energetyce odnawialnej, odpłynie za granicę.

Polska ma wystarczająco dobre predyspozycje do rozwijania OZE?

Polska ma to szczęście, że jest państwem bardzo przestrzennym, co w kontekście uruchamiania energetyki odnawialnej jest zaletą. Warunki wiatrowe, w zasadzie na terenie całego kraju, sprzyjają powstawaniu farm wiatrowych. Jeżeli chodzi o fotowoltaikę, to na pierwszy rzut oka wydaje się, że w naszych warunkach klimatycznych miałaby ona dość ograniczony potencjał. Przykłady Czech czy Niemiec temu jednak przeczą. Jest to swoisty paradoks – tam, gdzie nasłonecznienie jest najsilniejsze, wzrasta temperatura pracy paneli fotowoltaicznych, co obniża ich sprawność energetyczną. Okazuje się więc, że dla energetyki solarnej klimat umiarkowany jest korzystny. Uważam, że 3-5 GW tego typu instalacji – również w kontekście bezpieczeństwa energetycznego – jest Polsce potrzebne już teraz. Istnieje bowiem pełna synchronizacja pomiędzy występowaniem fali upałów, szczytem obciążenia Krajowego Systemu Elektroenergetycznego, a szczytem dostaw energii ze źródeł fotowoltaicznych. Farmy PV oraz panele dachowe stabilizują bilans energetyczny w najprostszy możliwy sposób. Moim zdaniem jest to jedyny, obok zarządzania stroną popytową, zasób energetyczny, który może zostać uruchomiony oraz skutecznie funkcjonować w relatywnie krótkim okresie.

Istnieje pełna synchronizacja pomiędzy występowaniem fali upałów, szczytem obciążenia KSE, a szczytem dostaw energii ze źródeł fotowoltaicznych. Są one jedynym, obok zarządzania stroną popytową, zasobem, który w krótkim okresie może przełożyć się na wzrost bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Czy warto inwestować w tak dużą ilość źródeł fotowoltaicznych, skoro wiadomo, że staną się one w pełni konkurencyjne nie szybciej niż za dekadę?

OZE – w szczególności słoneczne oraz wiatrowe – mają w sobie zawartą bardzo unikalną ekonomikę, która z czasem będzie im coraz bardziej sprzyjała. Chodzi głównie o to, że wiele związanych z tymi instalacjami kosztów ponosi się jednorazowo. Mam tu na myśli chociażby te dotyczące przygotowania lokalizacji czy podłączenia danego obiektu do sieci energetycznej. W momencie, gdy dany obiekt bądź jego element zostanie wyeksploatowany, nie zniknie on całkowicie z mapy energetycznej, lecz będzie mógł być zastąpiony nowym obiektem bądź elementem. Ten z kolei będzie zresztą zapewne – przez wzgląd na postęp technologiczny – nieporównywalnie bardziej wydajny. Produktywność takich rozwiązań rośnie w czasie, co różni je od tradycyjnej energetyki. Jest to z naszej perspektywy kolejnym atutem – boom na OZE nastąpi u nas zapewne dekadę po niemieckiej Energiewende. Instalacje, które będziemy montowali w kolejnych latach, będą dwukrotnie, a często nawet trzykrotnie tańsze od tych, w które zainwestowali prekursorzy rynku. Mamy szansę na bycie konkurencyjnymi.

Czy polski system elektroenergetyczny powinien się jakoś na ten boom przygotować?

Musi być odpowiednio dostosowany do integracji z OZE. W horyzoncie 2030 r. powinniśmy więc dysponować mocną siecią przesyłową i dystrybucyjną oraz elastycznym systemem, umożliwiającym bilansowanie dostaw energii ze źródeł niesterowalnych. Są to dwie oddzielne sprawy, choć jedna warunkuje drugą. Byłoby rzeczą wyjątkowo niefortunną, gdyby za 15 lat nasz system elektroenergetyczny był niezdolny do przyłączania bardzo już konkurencyjnych źródeł odnawialnych. W efekcie Polska byłaby zaopatrywana przez zagraniczne OZE, nie mogąc wykorzystać swoich naturalnych atutów na tym polu.

Byłoby rzeczą wyjątkowo niefortunną, gdyby za 15 lat nasz system elektroenergetyczny nadal był niezdolny do przyłączania bardzo już konkurencyjnych źródeł odnawialnych. W efekcie Polska byłaby zaopatrywana przez zagraniczne OZE, nie mogąc wykorzystać swoich naturalnych atutów na tym polu.

O autorze:

dr Jan Rączka
ekspert, Regulatory Assistance Project

Partner Forum Analiz Energetycznych oraz doradca Regulatory Assistance Project - międzynarodowej organizacji non-profit, świadczącej wyspecjalizowaną pomoc jednostkom administracji publicznej w obszarze energetyki oraz pomagającej przy wypracowywaniu rozwiązań poprawiających efektywność ekonomiczną szeroko rozumianego rynku energii. Doktor nauk ekonomicznych. W latach 2008-12 pełnił funkcję Prezesa Zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie. Wcześniej był adiunktem na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował także w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju oraz w Forum Europy Środkowo Wschodniej w Fundacji Batorego. W 2009 r. był członkiem rządowego zespołu, który wynegocjował pierwsze transakcje sprzedaży uprawnień do emisji CO2 w ramach protokołu z Kioto. Promotor i współautor dopłat do kapitału kredytów na kolektory słoneczne dla klientów indywidualnych. Pracował nad instrumentami wsparcia poprawy efektywności energetycznej, inteligentnych sieci energetycznych i nowych technologii w ochronie środowiska.

Inne artykuły tego autora:
21/06/2013 Skąd pat inwestycyjny w energetyce? 08/03/2013 Gdzie dziś zarabia się w elektroenergetyce? 01/02/2013 Nowe regulacje OZE - mapa rzeczywistych interesów 14/12/2012 Efekt domina