Czas na renesans polskiego górnictwa

28 października 2016

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski, Redaktor Centrum Strategii Energetycznych w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową.

Dlaczego Australijczycy chcą zainwestować w budowę nowych kopalń węgla kamiennego w Polsce?

Choć osobiście jestem Polakiem, a w Australii mieszkam od 1978 r., to decyzja o pojawieniu się w Polsce była czysto pragmatyczna. Wierzymy, że jeśli połączymy to, co ma najlepszego do zaoferowania górnictwo australijskie, z atutami górnictwa polskiego, można będzie z tego stworzyć naprawdę dobry interes.

Jakiego typu zasoby ma Pan na myśli?

Australijskie górnictwo jest światowym liderem w swojej branży. Moim zdaniem nie ma w skali globalnej lepszego w zakresie m.in. systemów urabiania, maszyn, wentylacji, logistyki, aż po struktury menedżerskie. Australijczycy zostali zmuszeni do ciągłego doskonalenia swojego rzemiosła górniczego przez – nazwijmy to – tyranię dystansu. Jako że nie mają zbyt dużego rynku zbytu na węgiel w kraju, od dawna eksportują surowiec aż do Japonii czy Chin. Aby pozostać na rynku konkurencyjnymi, ich górnictwo musi być po prostu bardzo efektywne. Z kolei lokalizacje górnicze w Polsce dają to, czego nie ma w żadnej lokalizacji australijskiej: dostęp do ogólnej infrastruktury – gęstej siatki połączeń kolejowych, elektryczności – oraz europejskich rynków zbytu. Bo choć nie mamy zamiaru sprzedawać wydobywanego przez nas węgla kamiennego w Polsce, to możemy być atrakcyjnym dostawcą chociażby dla importującej wielkie ilości surowca gospodarki niemieckiej. Daje nam to olbrzymie możliwości.

Lokalizacje górnicze w Polsce dają to, czego nie ma w żadnej lokalizacji australijskiej: dostęp do ogólnej infrastruktury – gęstej siatki połączeń kolejowych, elektryczności – oraz europejskich rynków zbytu.

Dlaczego nie zamierzacie sprzedawać węgla w Polsce? Nasza energetyka oraz ciepłownictwo również zużywają ogromne ilości tego surowca.

W tej chwili polski rynek jest zbalansowany. Krajowe kopalnie wydobywają mniej więcej tyle surowca, na ile jest zapotrzebowanie. Moim zdaniem w tym momencie – mówiąc kolokwialnie – nie ma co wchodzić między wódkę a zakąskę. Nie widziałbym w tym dla nas żadnej korzyści. Tym bardziej że naszym inwestycjom z zainteresowaniem przyglądają się partnerzy z innych części Europy, którzy są dziś uzależnieni od importu węgla z dość egzotycznych – geograficznie oraz politycznie – lokalizacji, np. z Kolumbii czy Rosji.

Polskie kopalnie wydobywają mniej więcej tyle węgla, ile wynosi krajowe zapotrzebowanie. Dlatego też stawiamy na eksport. Naszym inwestycjom z zainteresowaniem przyglądają się partnerzy z innych części Europy, którzy są dziś uzależnieni od importu węgla z dość egzotycznych – geograficznie oraz politycznie – lokalizacji, np. z Kolumbii czy Rosji.

Jaki jest horyzont czasowy inwestycji w nową kopalnię węgla?

Planujemy w Polsce zrealizować trzy inwestycje – jedna z nich dotyczy otwarcia kopalni węgla koksującego, a dwie pozostałe, na Górnym Śląsku i Lubelszczyźnie, węgla kamiennego. Zakładamy, że każda z kopalń będzie funkcjonowała przez co najmniej dwadzieścia lat. Odpowiada to filozofii naszego biznesu, gdyż według nas w ciągu najbliższych dwóch dekad niewiele się w Europie zmieni, jeśli chodzi o zużycie węgla. Owszem, wzrośnie udział odnawialnych źródeł energii, co pokryje wzrost zapotrzebowania energetycznego, lecz szacujemy, że wykorzystanie węgla kamiennego pozostanie na podobnym poziomie.

Nie obawiacie się zatem konsekwencji unijnej polityki klimatycznej?

Jako strateg siedzący w interesie od dawna, nie mam najmniejszych powodów, by się obawiać. Wiem, jak chodliwym towarem jest węgiel – i to zarówno kamienny, jak i koksujący. Dlatego też przestałem interesować się rzeczami, na które nie mam bezpośredniego wpływu. Dla mnie najważniejsze jest to, by kontrolować sprawy, które leżą w mojej gestii, a zatem poziom produkcji oraz jednostkowy koszt produkcji. A według naszych założeń wydobycie w otwieranych przez nas kopalniach będzie bardzo rentowne.

Często można się w Polsce spotkać z przekonaniem, że jeżeli otwierać nowe kopalnie węgla kamiennego, to tylko na Lubelszczyźnie. Nie boicie się o inwestycję na Śląsku?

Nasz śląski projekt to czysta kartka papieru. Nie mamy żadnych naleciałości historycznych. Jest to zupełnie świeża rzecz. Możemy sobie zaprojektować i poukładać działalność kopalni tak, jak będzie nam to pasowało. Oznacza to tyle, że łączyć australijskie i polskie atuty górnicze możemy nie tylko na Lubelszczyźnie, lecz również i na Śląsku.

Rozmawiałem niedawno z Panem Mirosławem Tarasem z Pd Co, który przekonywał mnie, że polskie górnictwo może zrewolucjonizować zastosowanie niezbyt u nas popularnej technologii kotwowej. Czy w swoich kopalniach macie zamiar ją wykorzystywać?

Absolutnie tak, jeśli tylko warunki górotworu na to pozwolą. W Polsce technologię tę stosuje się dość powszechnie w górnictwie miedzi. Jeśli chodzi o górnictwo węgla kamiennego, jest ona wykorzystywana dość – nazwijmy to – aplikacyjnie, a z pewnością nie masowo. Zgadzam się z Panem Tarasem, że kotwienie będzie miało istotny wpływ na efektywność pracy kopalń, a przy tym w żadnym wypadku nie wpłynie negatywnie na bezpieczeństwo pracujących pod ziemią górników. Choć od razu zaznaczę, że do kotwienia nadaje się większość wyrobisk górniczych, lecz nie wszystkie.

Skoro technologia kotwienia pozwala na tańsze oraz szybsze wydobycie surowca, to dlaczego do tej pory była wykorzystywana w Polsce jedynie aplikacyjnie?

Wydaje mi się, że duży wpływ ma na to aspekt historyczny, pewne tradycje i przyzwyczajenia. Stąd też polskie górnictwo nie jest liderem, jeśli chodzi o nowinki technologiczne związane ze sposobem wydobywania węgla. Sam pochodzę z rodziny górniczej. Mój dziadek był górnikiem, ojciec był górnikiem, jesteśmy nimi także ja i mój syn. Pierwszy raz zjechałem w Polsce do kopalni w wieku 15 lat. Gdybym teraz zjechał ponownie, zmiany, jakie zauważyłbym w większości naszych kopalni, byłyby raczej niewielkie.

W polskim górnictwie bardzo istotną rolę odgrywa aspekt historyczny, a także pewne tradycje i przyzwyczajenia. Stąd też polskie górnictwo nie jest liderem, jeśli chodzi o nowinki technologiczne związane ze sposobem wydobywania węgla.

Czy sądzi Pan, że pojawienie się w Polsce australijskich firm, cechujących się znacznie wyższą kulturą organizacyjną pracy oraz posiadających najnowocześniejszy sprzęt górniczy, może w jakiś sposób przełożyć się na kondycję polskich kopalń? Czy też może po jednej stronie ulicy będzie zlokalizowana kopalnia rentowna, a po drugiej kilka upadających?

Nie mamy zamiaru robić żadnych rzeczy w sekrecie. Jesteśmy otwarci na to, by się otworzyć na innych, by im się pokazać. Jeżeli ktoś z polskiej branży górniczej będzie zainteresowany tym, co robimy, chętnie się tą wiedzą podzielę. Ze względu na to, że i tak celujemy w eksport węgla, absolutnie nie uważam krajowych kopalni za konkurencję, lecz traktuję je bardziej jak kolegów po fachu.

Jesteśmy otwarci na to, by podzielić się naszą wiedzą z innymi polskimi kopalniami. Ze względu na to, że i tak celujemy w eksport węgla, absolutnie nie uważam ich za konkurencję, lecz traktuję bardziej jak kolegów po fachu.

Jakie jest Pana zdanie na temat perspektyw polskiego sektora górniczego?

Moim zdaniem najgorsze, co może się w tej chwili w polskim górnictwie wydarzyć, to to, że krajowe firmy górnicze wejdą do okopów i będą się starały – nieważne jak, byleby tylko przetrwać. Uważam, że wręcz przeciwnie – nasze górnictwo powinno nastawić się na rozwój. Gdyby Polska podwoiła swoją produkcję węgla kamiennego, byłaby w stanie zaspokoić 1/3 europejskiego zapotrzebowania. Węgiel jest naturalnym bogactwem naszego kraju. Wykorzystajmy to. Uważam, że duże korzyści przyniosłoby otwarcie się na ludzi z zewnątrz, którzy wniosą tu nie tylko swój know-how, ale i zainwestują. Jeśli chodzi o naszą firmę, nie oczekujemy od państwa niczego poza pozwoleniem na otwarcie kopalni oraz przychylnością organów decyzyjnych. Nie chcemy specjalnej infrastruktury, żadnych ulg podatkowych czy oddzielnych przywilejów. Absolutnie nie. Mamy swoje pieniądze, które chcemy zainwestować nad Wisłą po to, by rozwinąć biznes, który przyniesie korzyści zarówno nam, jak i – mam nadzieję – pośrednio również i polskiej gospodarce.

Polskie górnictwo powinno nastawić się na rozwój, a nie przetrwanie. Niekoniecznie jednak za sprawą pieniędzy podatnika. Uważam, że duże korzyści przyniosłoby otwarcie się branży na ludzi z zewnątrz, którzy wniosą tu nie tylko swój know-how, ale i zainwestują.

Jakie są z perspektywy firmy otwierającej nowe kopalnie najgroźniejsze bariery mogące zaszkodzić jej biznesowi? Z jednej strony jest się przecież narażonym chociażby na zawirowania polityczne, a z drugiej na opór środowisk ekologicznych czy mieszkańców…

Polska nie różni się pod tym względem od żadnego innego kraju, w którym działałem. Rzeczy, o których Pan mówi, są tak samo aktualne w Australii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie czy RPA. Są one po prostu częścią naszego biznesu. Do większości barier można się zazwyczaj w jakiś sposób dostosować. A jeśli nie – górnik znajdzie inną lokalizację, w której zainwestuje swoje pieniądze. Pracując nad naszym śląskim przedsięwzięciem trafiliśmy na opór ze strony lokalnej społeczności, która oczekiwała naniesienia pewnych zmian w projekcie kopalni. Dostosowaliśmy się do nich – pomniejszyliśmy kopalnię i wzięliśmy pod uwagę zdecydowaną większość postulatów, które przedstawili nam mieszkańcy. Skorygowaliśmy nasz plan biznesowy. Ciągle jest to projekt spinający się i rentowny, choć konsultacje społeczne znacznie zmieniły jego kształt. Jest to najlepszym dowodem na to, że w tej branży trzeba po prostu umieć być elastycznym. Żadne przedsiębiorstwo, a w szczególności górnicze, nie jest wyspą, nie działa w próżni.

Na sam koniec przenieśmy się jeszcze na poziom globalnej węglowej gry interesów. Jak wygląda układ sił w tej branży na świecie?

Każdy stara się bronić swoich interesów. Wiadome jest, że najbardziej prowęglowi są ci, których energetyka opiera się na węglu, np. Polska. Najbardziej pronuklearni są ci, których sektor energetyczny zdominowany jest przez energię z atomu, jak np. Francja. Najbardziej „zieloni” są natomiast ci, którzy zdążyli już dużo zainwestować w OZE, jak np. Dania. W całej tej grze interesów najciekawsze jest to, że jej uczestnicy bardzo często kierują się głównie emocjami. Wielu z nich chce rewolucjonizować sektor energetyczny w krótkim czasie, bądź też ogłaszać odchodzenie od danego źródła energii niemalże z dnia na dzień. Tymczasem w energetyce charakter zmian rzadko kiedy może i powinien być drastyczny. Sądzę, że wszelkiego rodzaju interesariusze, opinie publiczne w poszczególnych państwach, a także społeczeństwa powinny w tym względzie wykazywać się znacznie większą empatią.

Uczestnicy energetycznej gry interesów bardzo często kierują się głównie emocjami. Wielu z nich chce rewolucjonizować sektor w krótkim czasie, bądź też ogłaszać odchodzenie od danego źródła energii niemalże z dnia na dzień. Tymczasem w energetyce charakter zmian rzadko kiedy może i powinien być drastyczny.

Co to znaczy?

Spójrzmy chociażby na kwestię zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego. Jest to wyzwanie stojące nie tylko przed Polską, ale przed wszystkimi państwami na świecie. To dylemat, o którym każdy kraj powinien decydować samodzielnie – od tego wyboru zależy przecież często dalszy rozwój całej jego gospodarki. Nic więc dziwnego, że inny pogląd na bezpieczeństwo energetyczne będą miały kraje wysoko rozwinięte, inny kraje aspirujące do tego miana, a jeszcze inny kraje dopiero rozwijające się. Dla ludzi z – nazwijmy to – pierwszego świata pewne rzeczy są oczywiste. Wymagają oni podobnej percepcji rzeczywistości od pozostałych społeczeństw – nawet tych z krajów ubogich. Tymczasem inne spojrzenie na świat ma przeciętny Europejczyk, a inne przeciętny Afrykańczyk. Dużo podróżowałem po Afryce i wiem, co dla tych ludzi jest ważne. Z pewnością nie są to rzeczy, za którymi oręduje dziś tak mocno Bruksela. Tam problemem jest to, aby w ogóle mieć prąd, z jakiegokolwiek źródła energii. A dlaczego o kształcie światowej energetyki mają decydować Europejczycy, którzy stanowią mniej niż 10 proc. światowej populacji?

W dyskusji na temat przyszłości energetyki często brakuje nam empatii. Dla ludzi z – nazwijmy to – pierwszego świata pewne rzeczy są oczywiste. Wymagają oni podobnej percepcji rzeczywistości od pozostałych społeczeństw. Tymczasem inne spojrzenie na świat ma przeciętny Europejczyk, a inne przeciętny Afrykańczyk.

Nie należy więc wierzyć prognozom mówiącym o tym, że udział węgla w światowej energetyce w horyzoncie najbliższych kilkudziesięciu lat się zmarginalizuje?

Odejdźmy od emocji. Węgiel nadal jest bardzo tanim źródłem energii. Jest w stanie być konkurencyjnym bez żadnych dotacji. Dla wielu państw na świecie stanowi on dzięki temu niezwykle atrakcyjną opcję, która będzie bez wątpienia wykorzystywana. Jeżeli pyta się Pan, kiedy nastąpi kres węgla, to mówiąc wprost – ani za mojego, ani za Pańskiego życia. Jeszcze przez długi, długi czas ludzkość nie będzie w stanie się bez niego obejść. Balans może się nieco zmienić, ale nie jest to problem, którym miałbym zamartwiać się ani ja, ani też moje dzieci.

 

O autorze:

Derek Lenartowicz
Prezes Wykonawczy, Balamara Resources Ltd.

Od 2011 r. Prezes Wykonawczy Balamara Resources Ltd. Z firmą związany od 2007 r. Wcześniej przez wiele lat pracował na szczeblu zarządczym w kilku największych australijskich koncernach wydobywczych. Inżynier górnictwa z wieloletnim doświadczeniem w rozwijaniu oraz zarządzaniu wielkoskalowymi projektami górniczymi, jak m.in. kopalni niklu Mt Keith w Australii.